Józef Lisowski

Pożegnanie Profesora Józefa Lisowskiego

Dnia 2 sierpnia 2012 roku odszedł od nas Prof. dr hab. Józef Lisowski, wybitny Immunochemik, niezapomniany Wychowawca młodych adeptów nauki.

Profesor Józef Lisowski ukończył studia w 1951 roku na Oddziale Chemii Technicznej Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu. Pracę naukowo-dydaktyczną rozpoczął już w okresie studiów pełniąc funkcję asystenta w Katedrze Chemii Organicznej Politechniki. Po uzyskaniu dyplomu odbył studia aspiranckie w Zakładzie Chemii Fizjologicznej Akademii Medycznej we Wrocławiu pod kierunkiem prof. dr Tadeusza Baranowskiego, zakończone uzyskaniem w 1955 roku stopnia kandydata nauk chemicznych (stopień ten był później automatycznie zmieniony na stopień doktora). Swoją wieloletnią działalność naukową, od roku 1955, związał z Instytutem Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN im. Ludwika Hirszfelda we Wrocławiu, gdzie uzyskał stopień docenta w 1964 roku, oraz tytuły profesora nadzwyczajnego w 1970 roku i zwyczajnego w 1978 roku. W latach 1959-1961 był stypendystą Fundacji Rockefellera w Zakładzie Biochemii Uniwersytetu Stanu Washington w Seattle (USA) kierowanym przez profesora Hansa Neuratha, a w latach 1965-1966 i 1980-1982, w wyniku zaproszeń profesora Erica Steina, pracował w Instytucie Biochemii Uniwersytetu w Genewie.

Zainteresowania naukowe Profesora Józefa Lisowskiego w początkowym okresie pracy związane były z chemią organiczną. Tematem jego pracy doktorskiej była swoistość struktury glutationu jako koenzymu, w związku z czym zainicjował syntezę peptydów. Nie zrażało Go, że z trzech aminokwasów wchodzących w skład gluationu miał do dyspozycji jedynie glicynę, wypreparował sam kwas glutaminowy z mąki pszennej i cysteinę z włosów zbieranych u fryzjera, co było dowodem wielkiego entuzjazmu dla pracy badawczej. W początkowym okresie pracy w Zakładzie Biochemii Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN zajmował się nadal problematyką enzymologiczną, a badania dotyczące enzymów przysadki stanowiły temat rozprawy habilitacyjnej. Przejście do tematyki immunologicznej stanowiły badania mechanizmu aglutynacji i fagocytozy.

W 1966 roku powierzona została Profesorowi Józefowi Lisowskiemu funkcja kierownika Zakładu Immunochemii w Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej, którą pełnił do przejścia na emeryturę w 1999 roku. Główna tematyka badań prowadzonych pod kierunkiem Pana Profesora dotyczyła mechanizmów odpowiedzi immunologicznej i reakcji antygen-przeciwciało z zastosowaniem syntetycznych antygenów, oraz oddziaływań immunoglobulin z receptorami dla fragmentu Fc, prowadził też badania porównawcze immunoglobulin siary i surowicy. Do wybitnych osiągnięć Profesora Józefa Lisowskiego należy wykrycie w siarze owiec kompleksu peptydowego bogatego w prolinę (PRP) posiadającego unikalne właściwości immunoregulatorowe i psychotropowe. Temu tematowi poświęcił ostatnie lata swej pracy, kontynuowanej po przejściu na emeryturę. Kompleks ten, w postaci tabletek, nazwanych Colostrininą wykazał pozytywne efekty terapeutyczne w przypadku choroby Alzheimera. Psychotropowe właściwości PRP/Colostrininy stały się przedmiotem polskiego i międzynarodowych zastrzeżeń patentowych. Prawa do patentu zostały przekazane przez Instytut firmie ReGen Therapeutics Limited i obecnie preparat w formie suplementu diety pod nazwą ColostrininTM lub CognisureTM dopuszczony jest do sprzedaży m. in. w USA, Kanadzie, Nowej Zelandii i Polsce.

Dorobek naukowy Profesora Józefa Lisowskiego zawarty jest w ponad 140 pracach opublikowanych w czasopismach krajowych i zagranicznych. Był przedstawiany w postaci referatów i komunikatów na licznych krajowych i zagranicznych konferencjach i zjazdach naukowych. Jego osiągnięcia naukowe znajdowały uznanie w nagrodach Polskiej Akademii Nauk.

Profesor Józef Lisowski był wychowawcą studentów i pracowników naukowych. Prowadził zajęcia ze studentami w początkowym okresie na Politechnice, a potem w Zakładzie Chemii Fizjologicznej. W pracy ze swym zespołem był wymagający, ale jednocześnie potrafił stworzyć atmosferę przyjaźni i życzliwości, która pozostała w pamięci Jego współpracowników jako wyjątkowa. Był promotorem 9 prac doktorskich i dbał o to, by Jego współpracownicy po uzyskaniu stopnia doktora podnosili swe kwalifikacje na stażach naukowych w znakomitych ośrodkach zagranicznych. Trzy osoby z zespołu Pana Profesora uzyskały stopień doktora habilitowanego, a potem tytuł profesora i wszyscy objęli stanowiska kierowników własnych zespołów badawczych.

Profesor Lisowski był jednym z założycieli Polskiego Towarzystwa Immunologicznego, któremu przewodniczył w latach 1971-1980, a w 1993 roku został jego członkiem honorowym. Był członkiem Polskiego Towarzystwa Biochemicznego i w latach 1967-1970 był członkiem Zarządu Głównego. Aktywność organizacyjna Pana Profesora w środowisku naukowym obejmowała również wiele innych funkcji. Był m.in. przewodniczącym Komisji Immunochemii Komitetu Immunologii PAN (1974-1980), wiceprzewodniczącym Federacji Europejskich Towarzystw Immunologicznych (1976-1978), członkiem Rady Światowej Unii Towarzystw Immunologicznych (1970-1980), członkiem komitetów redakcyjnych European Journal of Immunology, Immunology Letters, Archivum Immunologiae et Therapiae Experimantalis, Acta Pathologica et Immunologia Scandinavica, organizował w Polsce krajowe i międzynarodowe spotkania i konferencje naukowe, z których najważniejszym było sympozjum nt. receptorów, które odbyło się w Jabłonnie k. Warszawy w 1980 roku. Sympozjum to zgromadziło wielu wybitnych immunologów i umożliwiło polskim młodym adeptom immunologii spotkanie z czołówką światowej immunologii. Powyższe przykłady nie wyczerpują znacznie dłuższej listy funkcji i działań Profesora Lisowskiego.

Redakcja Postępów Higieny i Medycyny Doświadczalnej bardzo często korzystała z życzliwości i fachowej pomocy Pana Profesora. Na każdą prośbę Profesor zawsze odpowiadał chętnie i dowcipnie dzieląc się swoją wiedzą [dop. Red.]

Zaangażowanie Pana Profesora w pracę naukową nie wykluczało innych zainteresowań. W młodości uprawiał sporty (szybownictwo, wioślarstwo wspinaczka górska), a przez całe życie turystykę i grę w brydża w stałym od wielu lat gronie przyjaciół. Pochłaniał niezliczoną liczbę książek historycznych i innych, żywo śledził bieżące wydarzenia. Kochał muzykę klasyczną, której często słuchał korzystając ze swej dużej kolekcji płyt. Był obdarzony niezwykłym poczuciem humoru i wszechstronną wiedzą.

W osobie Pana Profesora żegnamy nie tylko wybitnego Uczonego i wspaniałego Przełożonego, ale również serdecznego Przyjaciela oraz dobrego i szlachetnego Człowieka.

Maria Janusz, Czesław Ługowski


 

Profesor Józef Lisowski i „Jaskinia”

10 sierpnia pochowaliśmy prochy profesora Józefa Lisowskiego. Przemawiałem tam w imieniu nielicznych już przyjaciół młodości uczonego. Poznaliśmy się w roku 1958. Jesienią tego roku znalazłem się w Zakładzie Chemii Fizjologicznej Akademii Medycznej we Wrocławiu, kierowanym przez profesora Tadeusza Baranowskiego. Profesor skierował mnie, i kolegę, Kornela Nowaka, który razem ze mną do Zakładu przyszedł, do Jaskini. Tak nazywano laboratorium ulokowane w półsuterenowym pomieszczeniu, gdzie Profesor lokował chemików, którzy nie chcieli, bądź dlaczegoś tam nie mogli przekwalifikować się na prawdziwych biochemików. Ci ostatni pracowali na górze, na pierwszym piętrze, a ich pomieszczenia nosiły miano „high life’u”. – Będziecie – powiedział nam Profesor – współpracować tam z doktorem Lisowskim. On tam tworzy pracownię syntezy peptydów i będziecie mu pomagali. Było to niedługo po Nagrodzie Nobla dla Vincenta du Vigneaud. Otrzymał ją w 1955 roku za uwieńczone syntezą badania nad oksytocyną i wazopresyną, peptydowymi hormonami tylnego płata przysadki mózgowej. Było to ważne wydarzenie w nauce i prof. Baranowski zapragnął mieć u siebie pracownię takich syntez. Sam zresztą też zajmował się wtedy hormonami peptydowymi przysadki – pracował nad izolacją i wykorzystaniem w terapii ACH.

Doktor Lisowski realizował postawione mu zadanie w bardzo trudnych warunkach, i to realizował z sukcesem. Zgromadził potrzebny sprzęt i odczynniki, a wśród nich dwie wielkie butle z ciekłym amoniakiem i małą butlę ciekłego fosgenu. Kłopoty miał z aminokwasami. Pewien ich zapas miał w osobistym władaniu Profesor, ale udzielał ich bardzo niechętnie. Kiedyś, po kilku latach, przydybaliśmy go z Nowakiem w dobrym humorze. Może chciał nam pokazać swoje skarby? Wyjmował kolejne słoiki z szafy. – To wam potrzebne? – pytał, a Nowak mówił – potrzebne – i zabierał kolejny słoik. Nim się profesor spostrzegł, poważnie naruszyliśmy jego zapasy. Potem biegał po zakładzie, wołając: to jest spółka z nieograniczoną bezczelnością! To jest spółka z nieograniczoną bezczelnością!

Myślę, że to właśnie kłopoty z aminokwasami sprawiły, że Józio wziął się za syntezę glutationu. Kwas glutaminowy i glicyna były dostępne na krajowym rynku odczynnikowym, cystynę można było łatwo pozyskać z włosów ludzkich. I Józio przeprowadził tę syntezę. Profesor był z tego bardzo dumny. Późną zaś jesienią odbywał się w Warszawie inauguracyjny zjazd Polskiego Towarzystwa Biochemicznego. Inauguracyjne wykłady mieli wygłosić nasi luminarze biochemii, Bolesław Skarżyski i Tadeusz Baranowski. Ale profesor zadecydował, że wykład wygłosi za niego Józio. O swoich syntezach peptydowych. Jechaliśmy do stolicy z wielkim pękiem rysunków i plansz, które wiózł Józio. Na miejscu okazało się, że jego wykładu nie będzie. Jakieś nieporozumienie wynikło na szczytach zjazdu. Może uznano wyręczenie się przez Baranowskiego młodym doktorem za niedopuszczalne? Józio był chłopakiem ambitnym. Myślę, że to wydarzenie było jedną z przyczyn jego decyzji, aby porzucić syntezę peptydów dla immunochemii. Odchodząc, pozostawił nam Józio cały zgromadzony przez siebie majdan, a co ważniejsze, w ciągu kilkumiesięcznej wspólnej pracy – zgromadzone w ciągu kilku lat własne doświadczenia. Zostawił nam nawet zebraną literaturę z chemii peptydów, między innymi doskonałe monograficzne na ten temat opracowanie, pióra J. Frutona, w tłumaczeniu na język rosyjski. I wielką, grubą księgę artykułów ojca chemii peptydów, Emila Fischera. Tę mam do dziś, oddałem ja do zbiorów Gabinetu Historii Chemii Wydziału.

W Jaskini zastaliśmy znakomitą załogę. Pracowali tam wtedy, oprócz Józefa Lisowskiego, Przemysław Mastalerz i Apolinary Szewczuk, wszyscy z tego samego roku studiów. Kolegę Szewczuka nazywaliśmy Kaziem. Tak go ochrzcił Józio i tak już zostało. Znosił to Kazio z dobrotliwą pobłażliwością. Była jeszcze laborantka Józia, Jola. Była to dziewczyna o pięknych, choć trochę surowych rysach, i cudownej figurze. Józio miał do niej wyraźną słabość, a ona to bez skrupułów wykorzystywała, licząc na jego pobłażliwość. Pamiętam, jak raz wybuchła apokaliptyczna awantura, bo Jola dwie pary swoich świeżo wypranych pończoch zawiesiła do wysuszenia na sznurku, rozwieszonym nad stołem Kazia. Kazio zaś był wybuchowy, sam Profesor wspominał, jak się na niego krzesłem zamierzył, czemu Kazio zaprzeczał z łagodnym uśmiechem. Tę awanturę zrobił Kazio oczywiście Józiowi, nie Joli Piękną Jolę uwieczniłem na jednym z filarów Jaskini w postaci syreny z dorodnym biustem. Panie z High Life’u krzywiły się, że jak mogła do tego dopuścić? Więc i ona zgłosiła jakieś pretensje. Dla świętego spokoju dokonałem na rysunku mastektomii – pozbawiłem Jolę na rysunku w ogóle biustu. Nie wiem, czy była zadowolona.

Załoga Jaskini też stała się obiektem moich artystycznych dokonań. Najpierw na jednej ze ścian narysowałem Józia, jako jaskiniowca. Odziany w zwierzęcą skórę, z maczugą u boku. I z nieodłączną wtedy fajką w ustach. Liczyłem, że po tej fajce wszyscy go poznają, innych szczegółów nie byłem taki pewny. Pozostali Jaskiniowcy popatrzyli na mnie z pewnym wyrzutem. Zrozumiałem, że i ich muszę uwiecznić. Tak się też stało. Dłuższy czas ten rysunek przyozdabiał ścianę Jaskini, aż późniejszy remont pokrył go tynkiem. Jeśli po latach ktoś podczas następnego remontu rysunek odsłoni, będzie miał przed oczyma świadectwo naszej młodości, górnej i chmurnej, i świadectwo tamtych, ciągle jeszcze pionierskich czasów.

W Józiu uderzała jego ciągła aktywność. Minuty nie posiedział. Latem cała grupa kolegów biochemików wybrała się na spływ kajakowy. Marian Wolny, który był na spływie, mówił mi potem: „z tym Józiem to tylko jeździć. Wyobraź sobie, mam dyżur przy garnkach. Patrzę, a one już wymyte. Pytam, kto to zrobił. A to Józio mnie wyręczył. – Wiesz – mówi – nie miałem nic do roboty, nudziłem się. Jakoś się samo wymyło.”

W czasie tej pierwszej mojej, o ile dobrze pamiętam, jesieni „u Baranowskiego” powstał film o zakładzie. Głównym jego twórcą był Zdzich Ojrzyński, naczelny fotograf zakładu, a głównym aktorem Józio. Jako rzekomy uczony hinduski zwiedzał wszystkie pomieszczenia i wizytował wszystkich pracowników. Świetnie wyglądał z białym turbanem na głowie. Ten film wielokrotnie potem na zebraniach zakładowych był pokazywany. Może gdzieś się jeszcze zachował u kogoś z dawnych pracowników? Kto go znajdzie, będzie tam miał młodego Józia, jak żywego.

Józio wyprowadził się od nas nie za daleko, do sąsiedniego budynku, gdzie w wielkim ścisku lokował się Instytut Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN. Tam, niezadługo potem otrzymał subwencję na zakup spektropolarymetru firmy Jasco. Tym przyrządem zdejmowało się krzywe dyspersji skręcalności optycznej, ważne charakterystyki związków naturalnych, a zwłaszcza białek. Był to wielki sukces Józia. Były to jednak czasy, kiedy utrzymanie takiego importowanego przyrządu „na chodzie” nie było łatwe. Fundator zakupu nie zdawał sobie sprawy, że wymaga on stałego zaopatrywania w części zamienne, jeśli jakieś się zużyły, czy uległy uszkodzeniu. Raz dał pieniądze i spokój! Aby aparat był na chodzie, musiał być ktoś, kto potrafił awarię usunąć, opierając się na elementach u nas dostępnych. I Józio znalazł takiego człowieka w osobie inżyniera Superata. Zupełnie niezwykle czuł on elektronikę przyrządu, i choć nie rozumiał, co właściwie ten aparat mierzy, potrafił go zawsze utrzymać przy życiu. – „Wiesz – opowiadał mi kiedyś – prosiłem Józia, by mi wytłumaczył, co on właściwie tam mierzy. I właśnie dzisiaj tłumaczył mi po raz czwarty. Za Boga tego nie pojmę! To mu powiedziałem: Józiu, zachowaj te mądrości dla siebie. A ja już taki głupi muszę zostać.” Inżynier Superat był starszy od nas. Miał wtedy pod sześćdziesiąt lat. Na zasadzie zaś prostego oksymoronu nazywano go w Instytucie inżynierem Manko.

Przeprowadzka do nowego gmachu Instytutu na ulicę Weigla otwarła u Józia epokę PRP. Z siary owczej wyizolował „peptyd bogaty w prolinę” (proline rich polypeptide, PRP). Substancja ta okazała się ciekawym immunomodulatorem. Dalsze badania Lisowskiego i jego współpracowników doprowadziły do stwierdzenia, że aktywność immunomodulatorową ma nonapeptydowy fragment łańcucha peptydowego PRP. Była to połowa lat osiemdziesiątych ub.w. Synteza nonapeptydu PRP była właściwym zadaniem dla nas, bo moja grupa peptydowa już była dostatecznie mocna, by się takiego zadania podjąć. Przeprowadziliśmy syntezę tego nonapeptydu, a później jeszcze kilku jego analogów strukturalnych. Przy pracach tych pięknie się spisała pani doktor Kubikowa. Jej skrupulatności i precyzji w pracy laboratoryjnej zawdzięczaliśmy w dużej mierze powodzenie tej syntezy. Synteza zaś od samych początków chemii organicznej uchodzi za ostateczne potwierdzenie badań analitycznych. Taki właśnie był nasz udział w problemie PRP, zaznaczony w piśmiennictwie naukowym siedmioma wspólnymi publikacjami. Opisywane wydarzenia zbiegły mi się w przedziwny krąg, niczym zamierzoną figurę stylistyczną. Na początku opowieści był bowiem Józio, można powiedzieć – nasz nauczyciel w chemii peptydów i szczodry ofiarodawca tego, co zdążył do takich prac zgromadzić. A na końcu – my przeprowadzamy potrzebną Mu syntezę, spłacając niejako nasz dług. Przedziwnie się rzeczy układają.

Moje kontakty z Józefem w tym miejscu się jednak nie urwały. Był On dla nas doskonałym recenzentem wielu przewodów doktorskich. Nasze prace poszły w kierunku badania immunopeptydów. Józio, jako immmunochemik znający równocześnie chemię peptydów, był dla nas nieoceniony.

Ignacy Z. Siemion